Walentynkowa korespondencja z Tomaszem Kulczyńskim, b… – mistrzem w okłamywaniu Chocianowa

Dlaczego, dlaczego, dlaczego…? Dlaczego od wielu dni jestem permanentnie poirytowany, a wręcz wściekły, jak pies na kota – bez logicznie postawionej przyczyny? Patrząc w przeszłość, znajduję w swoim życiu tylko jeden przypadek podobnego stanu emocji, jakie targają mną dzisiaj. Ale wtedy, szanowni Czytelnicy – wzburzenie dotyczyło miłości – w myślach sobie dodaję. Nie, to niemożliwe! Czyżby powodem moich aktualnych stanów ducha znów była miłość? Na dodatek znane mi kobiety, czyli ekspertki w tej dziedzinie, tj. przenikliwie „analityczne” koleżanki z pracy bezceremonialnie twierdzą, że charakterystyka moich reakcji – zmiany nastrojów, alienacja, milcząca aprobata, zamyślenie i przesadę w ilości wypalanych papierosów świadczy niezbicie, że wszystko ma miłosny podtekst (tło)!

Rzeczywiście coś w tym jest. Z reguły w okresie walentynkowego 13 i 14 lutego każdego roku wykazywałem większą nadpobudliwość. Patrząc teraz trochę z boku…
– rok 2016 –  Ave – witam Panią… (List Zakochanego Faceta)
– rok 2017 – „Czekając na miłość”… I facet może być poetą dla jednej Pani
– rok 2018 – Wyborcza walentynka dla Pani

Nie da się chyba ukryć, że połowa lutego to szczególnie dla mnie trudny, momentami mroczny okres, jakkolwiek to rozumieć. W tym roku jest tylko gorzej! Rzeczywiście od 30 stycznia 2019 roku – to nawet ja zauważyłem – nie mogę znaleźć sobie miejsca. Na dodatek zaprzestałem mówić prawdę także sobie, niczym Tomasz Kulczyński (z tą różnicą, że on nigdy chyba nie mówił prawdy, nawet sobie – przypis mój). Nie wyjawię więc prawdziwych uczuć, jakie mną targnęły 14 lutego 2019 roku o godzinie 15:28, po przeczytaniu tej oto „walentynki” od (up. p.o. dyr – słownie: z upoważnienia pełniącego obowiązku dyrektora) Pani Krystyny Kozołup (Walentynkę od Krystyny McVie zaprezentowałem na wstępie):

Do samej wulgarnie kłamliwej treści zaprezentowanej w walentynki szczegółowo odniosę się za chwilę, ale już teraz zaznaczę, że nie stworzyła jej Pani Krystyna Kozołup, lecz jakaś niedorobiona mecenasina ze stajni urzędującego w Chocianowie Tomasza Kulczyńskiego (jeśli za parę dni odbiorę pozew za świadome zniesławienie autora(ki) tej walentynki za słowa „mecenasina”, dopiero poznam personalia twórcy tego dziadostwa, o czym bez szczególnej zwłoki poinformuję opinię publiczną). Za to radna Pani Anna Pichała (aż gul mi skacze) dostała przeurocze „walentynkowe” gadżety od Tomasza Kulczyńskiego, bo przynajmniej podpisane z imienia i nazwiska. Na potrzeby artykułu przyznaję, że trochę jej zazdroszczę! Z racji szczególnego zainteresowania ze strony Tomasza Kulczyńskiego dostała same wyszukane kwiatki, a ja znacznie gorsze, przaśne, durne i na dodatek (z racji staranności dziennikarskiej przedstawię gdzieś pod koniec artykułu) wyczerpujące znamiona przestępstwa, słowem łamiące porządek prawny, niczym Jaś Fasola parkując swojego Mini Coopera gdzie bądź, gdzie popadnie, gdzie mu fantazja komika podpowie, nie zważając ani na kodeks drogowy, kodeks karny, kodeks postępowania administracyjnego, kodek honorowy, ani na zwykłą przyzwoitość, czyli kodeks etyczny.

Po pierwsze (primo) prezentuję walentynkę dla Pani Ani

Walentynka urocza, nieprawdaż? Mówi, jak krowie na rowie, że mecenas/burmistrz Chocianowa Tomasz Kulczyński wybrał sobie specjalistę do walki z kobietą złą, silną, odważną, bezkompromisową, zgrabną niczym Afrodyta, wykształconą lepiej niż on, uczciwą w dążeniu do celu, prostolinijną jak każda postać pochodząca z Wenus, czasami konfabulującą, jak moja nieletnia córuś, z natury elokwentną, czasami bezbronną, szczerą do bólu dla zaufanych, mądrą w sprawach praktycznych, niczym przysłowiowa budowa cepa, a poza tym biegle stosującą wszelkie dostępne języki w mowie, w tym język ekspresji ciała, że o znajomości języka hormonalnego nie wspomnę… Może nie zawstydzę Pana burmistrza mówiąc, że pełnomocnictwo dane kancelarii z Głogowa zaświadcza, że samodzielnie nie chce być „damskim bokserem”. Wynajął fachowca od prawa cywilnego, by uprawiać walkę polityczną metodą „na radcę”. Sparingpartnerem w walce z Anną Pichała został radca prawny z Głogowa. Powtórzę inaczej, może jaśniej – „fachowiec” od prawa, macen-as Tomasz Kulczyński, specjalnie, by przysłać „walentynkę” radnej Annie Pichała wynajmuje specjalistę do obrony naruszanych przez kobietę jego dóbr osobistych. Ta zła radna na Facebooku systematycznie, świadomie, bezpodstawnie i jak tam jeszcze dopuszcza się gwałcenia jego dóbr prawnie chronionych. Powtórzę, że zazdroszczę, że w dzień św. Walentego jednak to Pani Anna, nie ja – o czym marzę – dostała ultra wyrafinowane wskazówki, nakazy sprostowania opinii o szlachetnym i cudownym z natury, charyzmatycznym Tomaszu Kulczyńskim. Rzeczywiście bajkowa walentynka, proszę przeczytać.

O ile mi wypada w okresie walentynkowym mieć różne globusy, chimery, fantazje związane z moją moją Panią, w tym depresje, wzloty i upadki w czasie walentynkowego szału miłosnych wyznań, co zresztą staram się przekazać tym tekstem – o tyle ustawowo urząd burmistrza powinien na wskroś poważnie i realistycznie podchodzić do spraw niezwykle delikatnych, tj. wezwań do usunięcia skutków naruszania dóbr osobistych, szczególnie swoich. Z piekącą zazdrością zauważę, że Mandant Tomasz Kulczyński chyba zupełnie stracił głowę na jej punkcie. Z pomocą specjalisty z Głogowa jawnie wymusza na Pani Annie Pichała złożenie jakiegoś publicystyczno-politycznego oświadczenia, ble,ble, ble, bez oznaczenia najmniejszego konkretu, szczegóły, przypadku, w którym to adresatka pisma dopuściła się hańbiących „liliję” wypowiedzi. Pan burmistrz kreuje się na radcę prawnego, a zredagowane jest gorzej, niż odpowiedzi na moje wnioski, raz podpisywane przez „upoważnioną” Panią Krystynę Kozołup (sami pełnomocnicy stosują pisma w obronie burmistrza – warto podkreślić), to znowu inna Pani z upoważnienia miesza publicystykę z językiem pseudoprawniczym, jak Marzena Chomicz-Wandycz.

W sposobie stosowania prawa przez Tomasza Kulczyńskiego (choć rzekomo jest radcą prawnym) jest jednakowoż bardzo poważna wada – Pan burmistrz tylko zabawia się w prawnika, a sam nie stosuje prawa. Powiem więcej… mataczy bardziej, niż Franciszek Skibicki, a metody politycznej manipulacji ludźmi doprowadził do przysłowiowej perfekcji. Pisma, które mają wadę prawną muszą podpisywać upoważnione osoby. Zamiast do Roberta Harenzy przysłać odpowiedzi z żądanymi przez niego informacjami publicznymi, upoważnia Panią Naczelnik Marzenę Chomicz-Wandycz do odmowy ich udzielenia.

Stosując zasadę ograniczonego zaufania w stosunku do Tomasza Kulczyńskiego, jeszcze dzisiaj nie opublikuję pozwu, który skieruję do Sądu Administracyjnego – niech poczeka na odpowiedni moment. Tomasz Kulczyński – jak mniemam, całkiem świadomie – idzie na kolizyjną z niewygodnym mu prawem, a jeśli o tym nie wie – tym gorzej dla niego! Kiedyś studiując prawo dowiedział się, że to broń obosieczna, jeśli nie – tym gorzej dla niego. Prawo może być narzędziem w zwalczaniu niewygodnych osób – tak? Można nim manipulować lub falandyzować rzeczywistość? Tak. Na kilometr, ba, na setki kilometrów „wniosek o usunięcie skutków naruszenia dóbr” wobec radnej Chocianowa śmierdzi instrumentalnym traktowaniem prawa przez mecenasów z Lubina i Głogowa. Na dodatek – co gorsze – w walentynkach dla Pani Anny Pichała dostrzegam wyjątkowo niegodziwe lekceważenie prawa, w sensie wykorzystywania go do wybielania siebie, czyli załatwiania partykularnych interesów. Mecenas wciąż mniema, że może manipulować prawem, jak przysłowiowy cygan manipuluje Słońcem?! Zobaczymy, w jaki sposób będzie manewrował Słońcem w odpowiedzi na wezwanie FAKTY Chocianów do usunięcie naruszenia prawa. Że zacytuję…

Dla zainteresowanych przedstawię prośbę o usunięcie naruszenia prawa w formie, jaką wysłałem do burmistrza Chocianowa

Z uwagi na powagę sytuacji i moje wzburzenie na razie Tomasza Kulczyńskiego nie nazwę dosadnie – „chórzystką”, choć język świerzbi mnie, oj świerzbi… Wyrażę się więc mniej kolokwialnie, twierdząc, że „moje” walentynki i walentynkowa korespondencja z burmistrzem Chocianowa wymaga uzupełnienia o „pouczenie”, jakie osobiście złożyłem na rączęta od niedawna Pełniącego Obowiązki Dyrektora Chocianowskiego Ośrodka Kultury, śpiewaka i logopedę z wykształcenia (bez urazy), towarzysko znajomego Tomasza Kulczyńskiego. Mam na myśli Kamila Lis, któremu na piśmie wyznałem, że odpowiedzi Pani Krystyny Kozołup (z up. dyrektora) to precedens i nie pozwolę, by ona z jego upoważnienia świeciła oczami. Oto „pouczenie”:

W rozmowie z p.o. Kamilem Lis powiedziałem wprost (dysponuję nagraniem), że pierdoły, pod którymi kazali wespół w zespół z burmistrzem podpisać się Pani „byłej” Dyrektor to farsa, kpina, ściema, początkowe objawy debilizmu, mobbing, czyli zachowanie obleśne, jak cwaniactwo zmanierowanych chłopców z prowincjonalnego Lubina. Nie interesuje mnie, czy teraz naruszam dobra osobiste nadwrażliwych chłopców, czy nie – ich sprawa. Twierdzę, że rzeczona odpowiedź w sprawie wyimaginowanego wymogu formalnego, by wniosek o udzielenie informacji publicznej posiadał elektroniczny podpis to tani wybieg pseudo-prawników, bełkot i… tak naprawdę dopiero początek dramatu, w którym Tomasz Kulczyński odegra rolę głównego bohatera. Nie odmówię sobie tego i jeszcze raz przywołam tę „cudaczną” odpowiedź Chocianowskiego Ośrodka Kultury, która jest pod każdym względem tępa, nieobyczajna, irytująca, pełna niepotrzebnych formuł należących do sfery dziecinnych zachowań, durna, jak lato z radiem, lekceważąca, tchórzliwa, marna jak peerelowski kolor, niepożądana społecznie, mówiąca o niskich kwalifikacjach prawniczych radcy prawnego z Lubina, momentami podła, jak bywa żona, kochanka i pracownik ochrony ZG Lubin, naiwna jak hipokryzja pierwszej spowiedzi, pretensjonalna, jak zamek z kart (to nie wszystko)… Na tyle niekompetentna, że aż spodoba się radnym Wandyczom, Ślipkom i Bujakowi, w tym wielu innym wyznawcom talentu Tomasza Kulczyńskiego.

Zakończę lirycznie, jak przystało na okres walentynkowo-karnawałowy cytatami z mojego mistrza Julio Cortázara. To moja walentynka dla Niej”

„[…] przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu i że tylko wyznaczają sobie rendez-vous ci, którzy pisują do siebie na liniowanym papierze, a pastę do zębów wyciskają od samego końca tubki.

Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć.

„Ale czyż nie w ten sposób cały czas żyliśmy, delikatnie się raniąc?”

„Ale obiecuję ci coś: pomyślę o tobie w ostatniej sekundzie, aby była jeszcze bardziej gorzka”

Robert Harenza

P.S.:
Ups… Nie zapomniałem! Dla niej…

Komentarze

x

Zobacz także...

Dochody Gminy Chocianów w katastrofalnym stanie! Mamy za to drogi i relaks nad stawem przy stawie…

„Czego, by się nie dotknął, zawsze spieprzy…” – mówi się o niektórych ludziach. Wypisz wymaluj ...

„Z góry lepiej widzę Chocianów…”. Szklarska Poręba – wywiad z radną Anną Pichałą

Robert Harenza: Dzień dobry. Świat jest jednak mały. Idę po Szklarskiej Porębie i kogo spotykam? ...