Wiem, że mnie słyszysz… I’m calling you!

Chcecie wiedzieć, o czym jest elementarz każdego człowieka, nawet licealistki, o ile taki w ogóle istnieje? Przede wszystkim mówi to, że życie człowieka bez względu na miejsce pochodzenia, wykształcenie, wiek, płeć i światopogląd obraca się w obrębie kilku marzeń, wokół osi dni i nocy, drobnostek, rzeczy nam miłych lub tęsknoty za czymś, co potencjalnie dałoby nam poczucie szczęścia. Jedną z tych drobnostek jest potrzeba miłości. To kieszonkowy minimalizm (jeśli nie zwykły elementarny prowincjonalizm – przypis mój) w którym zawarta jest cała magia ludzkiej natury, jej prostota i prawdziwa – mówiąc między nami – istota rzeczy. Jakiej figury poetyckiej bym nie wykonał, czego bym teraz nie napisał i tak okaże się, że słowo „miłość” jest jedynym wyznacznikiem i narzędziem w poznawaniu siebie i relacji z innymi ludźmi. I am calling you, dźwięczy mi w uszach przez całe życie. Wołam Cię…

„Nie ma co, już nie wykpisz się, kózka stoi u płotu…” – jakbym gdzieś z tyłu głowy słyszał diabelskie knowania mojego kolegi z wojska. Więc może „tytułem” wstępu najpierw kilka słów wyjaśnień dotyczących samego tytułu: „Wiem, że mnie słyszysz…”. Sympatycy FAKTY Chocianów dobrze wiedzą, że już miesiąc temu w artykule („Plon, niesiemy plon…” Chocianów zdaje sprawę z sukcesów I półrocza 2017 roku) oznajmiłem, że 12 listopada 2017 roku napiszę coś tylko dla siebie, czyli taki oto mały podręcznik dla licealistek. Na facebooku utworzyłem nawet wydarzenie.

„Wołam Cię
Wiem, że mnie słyszysz…”
– to malutki i najważniejszy fragment piosenki, którą Dorota Osińska zademonstrowała na początku swojej przygody z The Voice of Poland

„I am calling you”, pamiętam to dokładnie – po raz pierwszy usłyszałem w Warszawie, na przełomie lat 80-90 tamtego wieku. Oczywiście oryginał. Nigdy nie zapomniałem ani piosenki, ani filmu z którego pochodzi – „Bagdad Cafe”. Sorry, taka była aura prowincjonalnej natury chłopców, podkreślę, że jeszcze przed cudownym dniem urodzin Internetu w Polsce. Do dzisiaj zastanawiam się, czym film byłby bez piosenki, choć żaden z moich znajomych w Chocianowie nie zna nawet tytułu „Bagdad Cafe”. Ktoś zna? Bagdad Cafe to „dziwoląg”, wytwór amerykańskiego przemysłu filmowego, film, w którym mamy do czynienia z wszelkimi uproszczeniami kina hollywoodzkiego, włącznie z poetyką piosenki. Kiedyś (nomen omen też w Warszawie) mojej Pani ze snów powiedziałem, że jest „dziwolągiem”. Nie tłumaczyłem więcej. Nie powiedziałem, że przypomina mi wszystkich „dziwolągów”, jakich autor „Bagdad Cafe” wcisnął w historię dziejącą się w przydrożnym Barze, zaczynając od Jasmin, przez zatraconego w ćwiczeniach pianistycznych syna Brendy, i dalej – emerytowanego dekoratora z wytwórni filmowej mówiącego o „wizji”. Itd., itd. Do plejady dziwolągów z filmu należy dodać jeszcze policjanta indiańskiego pochodzenia, meksykańskiego analfabetę, tatuażystkę, czy chłopaka przez cały czas w filmie z pasją rzucającego bumerangiem. Szanowni Czytelnicy, powinniście obejrzeć ten amerykański sen, to film mówiący o przedziwnej naturze ludzi, emocjach duszy, bezwzględnych warunkach życia. Dzięki piosence, której nuty snują się jak pustynny piach, manieryczny, sztuczny, momentami kiczowato wystylizowany film przedstawia poetycki monolog „I am calling you”. To przejmujące wołanie człowieka do człowieka, w którym bez względu na porę dnia, kontynent, strefę czasową, chwilowe milczenie, analfabetyzm, potrzebę rozrywki, zawsze potrzebujemy bliskości i miłości. Oprócz bogactwa, urody, dobrego samopoczucia, najbardziej potrzebujemy miłości. Egzystencjaliści tacy jak Kierkegaard, Heidegger czy Jaspers kilka dekad przed nakręceniem „Bagdad Cafe” wymyślali twierdzenia, że w obliczu samotności istnienia i jego skończoności jednostka musi porzucić złudzenia miłości i wspólnoty. Według nich niemożliwe jest prawdziwe komunikowanie się ludzi. Pozostaje „współbycie”. Obcując z innymi ludźmi, zabieramy im wolność, „urzeczowiamy” drugiego człowieka, klasyfikujemy go, a miłość jest tylko grą egoizmów. W tym znaczeniu jest walką dwóch światów, nie symbiozą „dla ciebie”, lecz wyborem ja, albo „ja z nim”.

„I am calling you” mówi, że człowiek egoistycznie potrzebuje drugiego człowieka, musimy wciąż wybierać i decydować, a nasze decyzje niosą różne skutki, nie tylko dla nas. „Wołam Cię. Może mnie słyszysz?” – padają słowa w piosence. Piasek na pustyni przesuwa się z miejsca na miejsce, jak ludzie z kontynentu na kontynent, i choć mają poczucie stąpania po Ziemi, noszą w sobie to „wołanie”. Brenda z „Bagdad Cafe” miała je w sobie, ale też Jasmin, która jak pustynny piasek przywędrowała z Europy. Autor zestawia ze sobą dwa różne światy kulturowe, na pierwszym planie – kulturę europejską i amerykańską. Zobaczcie ten zgrzyt w relacji Brendy i Jasmin na początku filmu. System wartości dwóch kontynentów spotykają się na prowincji słynnego Las Vegas, na prowincji uczuć, miłości i magicznego świata ludzkiej duchowości. Wizja dekoratora, malarza kiepskiego (bo to prosty amerykański rzemieślnik, zresztą w taki sposób maluje kiczowaty portret Jasmin) jest „wołaniem”, marzeniem, potrzebą, która czekała na zaspokojenie. Jasmin, małomówna, wycofana towarzysko kobieta stała się dla niego upostaciowieniem jego „wizji”. Facet marzył o miłości, to znaczy o takim stanie ducha, który przekracza skończoność jednostki. Zapewniam, że młyńskie koło lepiej wykłada filozofie Sartra, niż podstarzały „malarz” maluje. Aktem twórczym jest i w tym wypadku miłość.

Tytułowe „I am calling you” jest dla mnie wierszem, który w swej prostocie uzmysławia anachroniczność losu. Jednak warto zauważyć, że w europejską konwencję poetycką wprowadzono elementy kultury w miarę świeżej, tworzącej się na Dzikim Zachodzie. Kultura amerykańska to jakby samograj, który nie boi się ani groteski, ani nawiązań do tragedii skrzętnie wymyślonych przez Kulturę Śródziemnomorską, stąd w filmie „Bagdad Cafe” takie nagromadzenie przeciwieństw, „dziwolągów”, drobiazgów dnia codziennego, muzyki poważnej i komizmu puentującego się happy endem. Piosenka nieskomplikowana w treści dopowiada to, czego nie udało się scenarzyście przekazać ani za pomocą dialogów, a aktorom wyrazić grą. Dzisiaj myślę, że chyba nawet sami aktorzy z „Bagdad Cafe” uważali, że występują amerykańskiej tragikomedii, jakich nie mało wyprodukował ich przemysł filmowy. „I am calling you” w dwu zwrotkach jednak zawiera kawał historii literatury starego kontynentu. Rozpiętość obrazowania zaczyna się od zepsutego automatu do kawy, po w postaci „zakrętu” metaforyczne przedstawioną bezwzględność szaleństwa Bytu. W tej wątłej w słowa pieśni mamy Świat widziany oczami kobiety. To przyprawia o dreszcze, jak wyznanie „Na Ciebie jestem chora”. Właśnie stan duch jednoczy wszystkie kultury w miejscu miłości, choć film każdemu mówi co innego, nie sposób nie usłyszeć krzyku samotności. Na „Bagdad Cafe” należy patrzeć z przymrużeniem oka, ale także jak na kalejdoskop, który bawił nas dziwacznymi zestawieniami kolorów na długo przed wynalezieniem Internetu. Dzisiaj w tym amerykańskim produkcie, jak filmie spotykają się różne kultury, muzyka, poezja, Sztuka, w tym westernowe czasu początków Stanów Zjednoczonych, relacje wojen, a wciąż słychać to samo „Wołam Cię. Wiem, że mnie słyszysz.”

O filmie „Bagdad Cafe” mógłbym gadać godzinami! I na dodatek – przyznam – ani razu w tym czasie nie użyć słów „Skibicki”, „Leszczyński”, „Piech”, „Jolanta Floryn”, „Harenza” czy „Mistoń”. To prawdziwy cud, że przy okazji rocznicy „Cudu nad Wisłą”, dzięki Dyrekcji Chocianowskiego Ośrodka Kultury, Pani Krystynie Kozołup mogłem spełnić swoje drobne marzenie, nie tylko to związane z filmem i piosenką. Z plakatu wyemitowanego przez Chocianowski Ośrodek Kultury dowiedziałem się, że Dorota Osińska uświetni swoim występem uroczystości obchodów Dnia Niepodległości w Chocianowie. Ups. To prawdziwy „dziwoląg”.

Sorry, po raz pierwszy cieszę się, że wszystkie cechu „dziwoląga” miały obchody 11 listopada w Chocianowie. Dziwny był marsz strażackich aut pod kościół, dziwaczne było czczenie święta Państwowego w Kościele, a najbardziej (pomińmy nawet przyśpiewki patriotyczne pod ołtarzem) niecodzienny był apatriotyczny koncert pieśni kobiecych w wykonaniu Doroty Osińskiej w ChOKu. Gdzie tu sens, gdzie logika? Artystka na koncercie sama przyznała, że nie jest przygotowana „repertuarowo” do uroczystości Narodowej.

Chcecie zrozumieć, co wspólnego z „Cudem nad Wisłą”, czyli odzyskaniem niepodległości w 1918 roku ma koncert Doroty Osińskiej? Prawdę mówiąc, nic. O konsultację poprosiłem znajomą specjalistkę od Świąt Narodowych, fankę Doroty Osińskiej, kobietę dość biegle posługującej się frazeologią polityczną, działaczkę przeróżnych ruchów kobiecych, aktywną i wielokrotną uczestniczkę mniej lub bardziej przeintelektualizowanych konferencji dotyczących spraw Kultury, Filozofii, Historii i życia prowincji… Zapytałem, co Pani – jako kobieta liberalnie usposobiona do historii, poetycko wrażliwa, niegłupia i zgrabna w zachowywaniu dystansu do mnie – sądzi na temat programu obchodów Dnia Niepodległości w Chocianowie. W jaki sposób „Cud nad Wisłą” da się połączyć koncertem z zupełnie innej bajki? O co kaman? – zapytałem niczym moja nieletnia córuś. Jak należy rozumieć ten dysonans programowy obchodów patriotycznego Dnia, szczególnie teraz, gdy żyjemy w mocno chrześcijańsko-patriotycznym Państwie PiS?

– „Paul, to proste…” – odpowiedziała konsultantka (imię na K. znane redakcji). Po czym dodała: „Dziewczyna (bo tylko dziewczyna mogłaby to zrobić), która układała program obchodów Dnia Niepodległości w twoim mieście nie jest patriotką. Na dodatek nie boi się PiSu, co dziwne jest. Poza tym, znasz odpowiedź na zadane mi pytanie, więc nie pytaj… Organizatorka zastosowała metodę: Panu Bogu kadzidło, a Diabłu ogarek. Cze!”.

Wiem, że ten artykuł nie powstałby, gdyby nie przyjazd Doroty Osińskiej na prowincjonalną scenę Chocianowskiego Ośrodka Kultury. Wiem, że w Planie Finansowym ChOKu są pieniądze na organizację akademii patriotycznej z okazji 11 Listopada, a nie ma na prezentację Sztuki. Dlatego tym bardziej niebanalna, odważna, zwyczajnie niepobożna i dziwna jest decyzja Pani od chocianowskiej Kultury. Pani Krystyna Kozołup uroczysty charakter narodowego święta podkreśliła występem Doroty Osińskiej. Program Dnia Niepodległości w Chocianowie „klei” się, choć szokuje brak spójności w obecności postkomunistycznego burmistrza w marszu niepodległościowym aut straży pożarnej. Marsz trasą Ratusz-Kościół nie wyraża świętowania odzyskania niepodległości, ale przynajmniej mówi o potrzebach lokalnych patriotów, chłopców i dziewczynek z drużyn harcerskich. To prawdziwa prowincjonalna „wizja”, co z kolei idealnie pasuje mi do dziwaczności zawartej w „Bagdad Cafe”.

Rok temu w artykule z obchodów 11 Listopada w Chocianowie napisałem, że Chocianów nie ma szczęścia do organizacji obchodów rocznicy Niepodległości. W tamtym roku nawiedziła nas była kapela góralska, a wczoraj fanka Leonarda Cohena – Dorota Osińska (W Chocianowie patriotycznie i awangardowo. Hej!)

Cofam wszystkie słowa zarzutów wypowiedziane wcześniej w stosunku do organizatorki obchodów Święta Narodowego. Co prawda plakat mógłby wprowadzić w błąd ortodoksyjnych patriotów, ale chyba nie do końca oszukał. Na koncercie ich nie zauważyłem. Odwaga Pani Dyrektor przeszła wszelkie moje oczekiwania. Serio! Jestem zachwycony, choć myślę , że nie tylko ja. Na koncert przyszło wiele osób, które intuicyjnie potwierdzili moje wcześniejsze domysły. Jestem zachwycony i dumny, że Chocianów w niebanalny sposób uświetnił Dzień Niepodległości. Niepodległość to w gruncie rzeczy takie same dobro, jak wolność przedstawiona w „Bagdad Cafe”. Ostatecznie „I am calling you” – to manifest wolności. Człowiek i całe narody nie są w stanie powiedzieć więcej! To szczyt możliwości: „wiedza i wołanie”, raz za pomocą pieśni Cohena, raz w filmie amerykańskim, innym razem odzyskując wolność od zaborców!

Poszedłem na koncert Doroty Osińskiej nie tylko po to, by porównać, ile z „telewizyjnego występu” artystka przywiozła na prowincję. Wyobraźcie sobie, że Dorota Osińska nie zaśpiewała „I am calling you”. Ups. Posłużyła się innym, nie mniej jednoznacznie brzmiącym tekstem potwierdzającym wszystkie moje wcześniejsze herezje na temat miłości:

P.S.
Przepraszam, że jeszcze raz…

Poniżej nieporadne tłumaczenie

Pustynna droga z Vegas donikąd
Miejsce i tak lepsze od tego, gdzie byłeś
Automat do kawy, który wymaga naprawy
W małej kawiarni na rogu szaleństwa

Wołam Cię
Wiem, że mnie słyszysz
Wołam Cię

Gorący suchy wiatr przenika mnie na wskroś
Dziecko płacze i nie mogę zasnąć
Ale obydwoje wiemy, że nadchodzi zmiana
Zbliża się słodkie wyzwolenie

Wołam Cię
Czy mnie słyszysz?
Wołam Cię…

Robert Harenza

Komentarze

x

Zobacz także...

Dochody Gminy Chocianów w katastrofalnym stanie! Mamy za to drogi i relaks nad stawem przy stawie…

„Czego, by się nie dotknął, zawsze spieprzy…” – mówi się o niektórych ludziach. Wypisz wymaluj ...

„Z góry lepiej widzę Chocianów…”. Szklarska Poręba – wywiad z radną Anną Pichałą

Robert Harenza: Dzień dobry. Świat jest jednak mały. Idę po Szklarskiej Porębie i kogo spotykam? ...