Proszę, nie miejcie mi za złe, ale zaledwie w kilka godzin po zakończeniu “Święta Zakochanych” jeszcze nie potrafię mówić i myśleć o niczym innym, niż o – nomen omen – fenomenie pewnego biskupa, w tym i różnych formach “miłości” lub zakochania. Przy okazji potwierdzę od razu, że w ogóle musimy przyjąć dość powszechną racjonalizację mówiącą, że miłość to fikcja, w gruncie rzeczy to przez filozofów i kulturę wymyślone pojęcie, by nazwać zjawisko, które tkwi u źródeł prokreacji, a więc trwania, jak i mniej współistniejących emocji, które towarzyszą partnerstwu, zadowoleniu z życia, codzienności, źródle wszelkich inspiracji, gejzerze energii, albo poczuciu smutku. Ponadto nie wolno nie doceniać, że miłość w ogóle często mylona jest ze swoistym perpetuum mobile w tworzeniu idealistycznych utopii, w tym mniej lub bardziej wzniosłych falsyfikatów szczęścia i spokoju duszy. Dla gospodarek światowych za to Walentynki od lat kojarzą się z prezentami, kwiatami i symbolami, które często mają bardzo krótki “termin przydatności”, niemniej ważniejsze jest to, co dzieje się nie tylko okolicznościowo w człowieku, który doznaje magii, uroczystego błogosławieństwa, a mniej patetycznie mówiąc, zwykłego przyspieszenia pulsu, uczucia pokory w obliczu nieznanego jednostkowo, aczkolwiek uniwersalnego od zarania dziejów impulsu błogostanu, euforii i czego tam jeszcze nie wymyślicie…
Tak sobie teraz myślę, że Walentynki nie są najlepszym momentem na dywagacje dotyczące miłości, bo najlepiej nie mówić nic w tym czasie, jeśli łatwiej o niej śpiewać. Dlaczego? To proste dla każdego, kto napisał choćby jedną piosenkę. Otóż racjonalizm, który jest najważniejszym komponentem języka, mowy i kaligrafii albo spłyca wszystko, albo dodaje zupełnie niepotrzebnego i mało prawdziwego literackiego patosu nawet w przypadku najprostszej wzmiance o miłości. Nie wiem jak wam, ale mi nigdy nie udało się mówić o miłości, żeby nie ustrzec się od zbyt kreatywnych zwrotów, uogólnień, czy choćby enigmatycznych intuicji. Język po prostu nie oddaje charakteru miłości, zresztą jak miłości nie da się wyrazić słowami, nawet tak bliskimi istoty rzeczy, jak w przypadku szczególnie bliskiej mi piosence The Police.
Boję się, że to nie koniec moich dylematów. Na przykład – jeśli w tym, że jakaś osoba zadaje sobie tyle nieracjonalnego i niepotrzebnego trudu, by przejść przez jezdnię z chodnika na chodnik po to tylko, by tylko zostać zauważona i widziana przez właśnie patrzącą na nią inną osobę odnajduję także niewerbalną formę miłości – to znaczy, że fenomen miłości nie ogranicza się do zwykłych walentynkowych konwenansów, jak składanie życzeń, czy przyjmowanie prezentów. Nie kryję, że lubię “Dzień Zakochanych”, ale nie bardziej, niż codzienne gesty, które wyrażają więcej czułości i uczuć zamiast słów.
Przecież na kwiecistego esemesa, jak ja, można czekać od wielu lat, a często gra ciała przy zwykłym spacerze “na pokaz”, nieracjonalnie jak miłość, może dać więcej, niż wszystkie księgi rodzaju pojedynczo i razem wzięte. Pamiętajcie, że idealizowanie miłości jest zawsze tak samo subiektywne, jak i skazane na niepowodzenie. Miłość – to niby wie każdy – nie jest idealna, ale żeby w ogóle o niej coś wytłumaczyć, najpierw trzeba się zakochać…
Szanowni Państwo,
nie da się ukryć, że w moim popularno-naukowym wywodzie – jak wyżej – na pierwszy plan wyłania się miłość potoczna, co by nie powiedzieć, ani trochę idealistyczna, niemniej zawsze będąca motywowana reakcją na drugą osobę. Natomiast miłość, która cechuje polityków (nawet tych lokalnych) jest o tyle wyjątkowa, bo… dotyczy zakochania się w sobie!
Niekiedy można usłyszeć raczej nieprawdziwą tezę, że politycy kochają wyłącznie władzę i pieniądze, ale to tylko połowa prawdy. Drugą połowę prawdy wypełnia “miłość do siebie”.
W tym znaczeniu “Dzień Zakochanych” w wydaniu polityków nie jest i nigdy nie będzie opowieścią o typowej miłości, lecz formą powiązaną z innymi deficytami natury lub wręcz swoistym natręctwem w epatowaniu uczuciami zawsze gotowymi do pozowanych foci, słowem miłość okazywana przez polityków musi być fotogeniczna. Malkontent powie, że OK, ale przecież tak trzeba, takie czasy, itd. Ale zastanówcie się sami, czy będąc na miejscu tych kochających się polityków potrafilibyście z takim samouwielbieniem i w takiej ilości publikować chociażby zdjęcia takie, jak chociażby te poniżej?
Przyznaję, że do 2018 roku mierzyłem się wyłącznie z peerelowską “miłością do siebie” burmistrza ćwierćwiecza Franciszka Skibickiego, ale od tamtego czasu wszystko nabrało tempa, ostrości i wyrafinowania.
Od kiedy w Chocianowie rządzi “Czas na zmiany” Tomasza K. raczej z większym, niż mniejszym naciskiem często muszę borykać się z zupełnie niefilozoficznym problemem narcyzmu i mitomanii w uprawianiu miłości… własnej.
Niestety walentynki polityczne w tej chwili sprowadzają się do ulicznego rozdawania prezentów typu pączki, chleb lub choinki, albo do robienia dobrych uczynków, jak w przypadku Powiatu Polkowickiego. To zaś typowa instytucjonalna miłość bliźniego, co nota bene zapisane jest kompetencjach tego szczebla władzy samorządowej.
P.S.:
Aha, zupełnie byłbym zapomniał. Tydzień temu obiecałem mojemu koledze Wikaremu, że w walentynkowym artykule na pewno wspomnę o pewnej postaci, za którą najwyraźniej tęskni, bo podczas każdej rozmowy ze mną ubolewa, że wciąż mało mu Pełnomocniczki ds. Rozwoju Gminy. No to proszę, walentynkowo spełniam życzenie.
Swoją drogą to i sobie na koniec dam prezent. A co, kto autorowi zabroni posłuchać ładnej piosenki…?
Robert Harenza















Comments