Nagle doznałem olśnienia! Nie wiem, czy Wy też tak macie, że przez wiele tygodni, lat o czymś myślicie i niby w pełni już odkryliście źródła problemu, macie niepodważalne argumenty tego „równania”, a nawet już gotową teorię na jakiś temat, a w jednej chwili całe to doświadczenie, wyniki obserwacji, setki godzin nieprzespanych, teorie, wszystko, wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ubiegły tydzień pokazał – i wiecie, że wcale nie jestem tym zbulwersowany – że być może jestem w tym mieście jedyną naiwną osobą! Ale to tak naiwną, że „aż mi siebie jest żal” (ups, z wrażenia cytuję wers Budki Suflera…)
Co niedzielę chcę wszystkich zaskoczyć czymś nowym, świeżutkim niczym beza na ciastku, a formalnie i redakcyjnie bliskim ideałom prowincjonalnego dziennikarza, przedstawiając maksymalnie długą listę faktów, nawiązań do przeszłości i Kultury, czy skojarzeń i aluzji do nie znów tak odległej przeszłości. W sumie chyba zasłużyłem na miano naiwnego, jeśli odpowiedzialnie przyjąć, że skazuję Was na domysły, przy okazji licząc, że wystarczy dostarczyć zaledwie sygnały, a Czytelnicy sami wyciągną trafne wnioski – zamiast wprost powiedzieć, na czym polega gra polityczna chocianowskiej elity urzędniczej, co do zasady opierającej się na zaspokajaniu potrzeb rządzenia i przewodzenia Gminie przez jedną rodzinę.
Nagle doznałem olśnienia, że jeśli ktoś urodził się w Chocianowie nie tylko nie śmieje się z Papkina (jak na własny użytek nazywam Tomasza K., bo to młodsza wersja Franciszka – burmistrza – Skibickiego), ale przede wszystkim nie potrafi zadawać prostych pytań, żądając od władzy krótkich i rzeczowych odpowiedzi.
Wiwatom nie ma końca – Tomasz K. uzyskał ostatnie wotum zaufania w Gminie Chocianów
Rządzenie i władza co prawda przyjemnie się zaczyna, niczym ta jeszcze wówczas w 2018 roku dla Tomasza Kulczyńskiego, ale kiedyś przecież kończy się, jak teraz w Gminie Chocianów! Od 2025 roku tak naprawdę mamy już zaledwie Tomasza K. (jak widać z nazwiska kawał ubyło „#prawdziwego burmistrza”, „włodarza”, „odkrycia Województwa Dolnośląskiego”, niedoszłego „parlamentarzysty”, „ministra”, albo nawet „cesarza Kuli Ziemskiej”, niemniej w sądzie wyłącznie – „oskarżonym”).
– napisałem po uzyskaniu wotum zaufania i absolutorium przez protegowanego Franciszka (Ćwierćwiecza) Skibickiego, zamiast zapytać, ile lat trzeba będzie czekać, aż powstanie obiecana już dawno sygnalizacja świetlna (ba, na którą Gmina wydała już sporo pieniędzy).
Naiwnie myślałem, że jak przy władzy nie będzie już Franciszka Skibickiego, to z nim z Gminy odejdzie cały smród peerelowskiej mentalności, zamiast zapytać:
Czy o Wandyczu Piotrze mogę powiedzieć więcej, niż to, że każdemu kłamie, co innego. Tyle gościa znam, że za kilka foci będzie współpracował z każdym – raz z Tomaszem K., raz ze Skibickim, a innym razem z Ciupakiem.
Radny powiatowy. będąc jeszcze wice-przewodniczącym Rady Miejskiej Tomasza K. w poprzedniej kadencji merytorycznie potrafił jedynie składać wnioski o „zamknięcie dyskusji”, której – o dziwo – nawet nie rozpoczęto! Czy coś się zmieniło?
Choć śmiem wątpić, że będzie to coś ważnego dla na razie cichych zwolenników radnego powiatowego, powinienem zadać pytanie, ile Piotr Wandycz zrobił albo może zrobi w kwestii obiecanki z zaprzeszłej już kadencji Rady Miejskiej Chocianowa, tj. likwidacji „wąskiego gardła”, wszak droga wojewódzka nadal łączy się tutaj z powiatową, że przypomnę.
I zapytam teraz, czy za tym wyżej zastawionym stołem siedzi opozycja powiatowa z nieco chybioną reprezentacją władz gminnych Chocianowa, żeby coś zrobić w tej sprawie?
W istocie na evencie dla emerytów za stołem (z powodu wyjazdu na wycieczkę do Włoch najbardziej wpływowej części rodziny) zasiadła dość egzotyczna reprezentacja Gminy Chocianów, zaczynając od najdalej usadowionego Franciszka (Ćwierćwiecza) Skibickiego, po samego radnego Jurka, który – nota bene – ma minę, jakby ktoś zajumał mu jego najpiękniejszy rower!
O tym, jak wymyślam życzenia dla zakochanych. Czyli tradycyjne walentynkowe zaklinanie żmii…
Naiwnie aż ścisnęło mnie w dołku, jak sobie pomyślałem, czy przypadkiem zamknięte grono „fachowców” teraz stara się przekonać tubylców, że tylko w/w gwiazdy polityczne mogą już na wiosnę 2027 roku dostąpić sukcesji po Tomaszu K.?
Czy to brutalizm politycznej gry, w której nie liczy się nic więcej, niż rodzinny sukces?

Czuję się trochę niezręcznie, bo przez tydzień nie było władzy w Chocianowie, a w tym czasie jedynym jej przedstawicielem był El-Tadzio, wujek Katarzyny Kulczyńskiej i burmistrza, który raczej nie należy do najbardziej reprezentatywnych pozerów lokalnej polityki.
Niemniej naiwnie – bo jest niedziela, bo „piszę coś w swoim radiu”, bo doznałem olśnienia… – na odchodne muszę zadać jeszcze jedno pytanie.
Podkreślając postaci, których promotorem jest Franciszek (Ćwierćwiecza), patrząc choćby na zdjęcia, które pojawiają się w gminnym eterze, to oprócz Tomasza K. pojawia się rodzina Kehle, czyli ciocia El-Dziunia (Elżbieta Kowalczuk, Kierowniczka Referatu), jej bratanica Katarzyna (Pełnomocniczka ds. Rozwoju, jak wujek Tadek), Piotr Wandycz (przyjaciel domu), oraz w ostatnim tygodniu ramach pilnowania rodzinnego interesu, także Tadeusz Kehle, Naczelnik ds. Rozwoju i Utrzymania, że tak to teraz nazwę.
W związku z powyższym zadam pytanie: „w jakim trybie” na wszystkich uroczystościach miejskich (jak w ostatnim tygodniu jej brat) zaczynając od rozpoczęcia roku szkolnego w podstawówkach, poprzez reprezentowanie Gminy na otwarciu posterunku polkowickiej Policji, poprzez rocznice Zespołu Szkół, na Dniach Olimpijczyka skończywszy występuje Elżbieta Kowalczuk? (przecież zajmuje zaledwie stanowisko Kierownika Referatu? Taka mądra, czy taka odważna, zjadła rozumy, czy tylko, bo to ciotka burmistrza?). Wszak to tylko jedna z wielu kierowniczka referatu, naprawdę żadna ważna figura w hierarchii pracowników samorządowych. No więc, w jakim trybie El-Dziunia, jak ją nazywam na własny użytek wręcza nagrody, kwiaty, medale reprezentując burmistrza, męża bratanicy?
Ups…
Szanowni Państwo,
pełnym zdaniem odpowiadając, twierdzę, że Elżbieta Kowalczuk wszędzie już teraz występuje w „trybie wyborczym”. Choć jeszcze nie ogłoszono przedterminowych wyborów, które odbędą się na wiosnę 2027 roku wraz z nią albo nieopodal pewne ambitne osoby występują wyłącznie „w trybie wyborczym”, zresztą jak niejaki Piotr Wandycz i Katarzyna Kulczyńska. A na wszystkich zdjęciach powyżej prezentowanych mamy tych trzech kandydatów na kandydatów, jeśli jeszcze nie znacie ich osobiście.
Zastosuję frazę z filmu „Shrek”, co?
Od lewej patrząc – kandydatka nr 1
El…żbie..ta Kowalczuk!
Następnie, kandydat nr 2, niejaki… Piooooootrr Wandycz!
Skrajnie po prawej,
kandydatka nr 3, żona burmistrza, chocianowianka poprzez pochodzenie ojca i ciotki, radna Lubina
Kata….rzy….n….aaaa Kulczy….ń….ska!
Jak powiedziałem na wstępie, nagle dostąpiłem olśnienia, więc od tej chwili przyjmuję zakłady, że przynajmniej dwie z tych osób na wiosnę zobaczymy na plakatach wyborczych, choć nadal tworzą towarzystwo reprezentujące lubińskie ambicje polityczne rządzenia regionem, aczkolwiek dotychczas wspólnie i w porozumieniu sterowali (bo nie przechodzi mi przez gardło, że uczciwie zarządzali) Gminą, jak cygan przysłowiowy Słońcem. Ponadto na inną okazję zostawię pytanie, czy przed pierwszą turą jeden przez drugą w/w kandydaci będą wypierać się współpracy ze sobą. Czekam na chętnych do zakładu, bo lubię się zakładać. Twierdzę, że dopiero w II turze będą popierać tego z nich, który uzyska najwięcej głosów (na chętnych do zakładu czekam pod adresem redakcja@faktychocianow.pl).
Czy już mówiłem, że doznałem olśnienia…? Nie!? Ależ gapa ze mnie. Zapomniałem podkreślić, że na początku zeszłego tygodnia byłem na koncercie w głogowskim teatrze. Wystąpiła Grażyna Łobaszewska i Adam Nowak.
Między nami mówiąc, Adaś Nowak, któremu udało się napisać kilka filozoficznie natchnionych piosenek w zetknięciu z jazzowymi aranżami tria muzyków Grażyny Łobaszewskiej odkrywał siebie na nowo, chcąc jednocześnie ukryć swoją artystyczną bezradność wobec naprawdę wielkiego głosu utytułowanej wokalistki. Do tego stopnia, że zgodził się na śpiewanie w nie swojej tonacji utworu Czesława Niemena w wersji jazzowej ballady z elementami wręcz światowych wstawek gitarowych, charakterystycznych dla zespołów takich, jak „U2”. Nie brakowało solówek basisty, gitarzysty i młodego perkusisty, który za każdym razem porywał publiczność czystością, barwnością i niespotykaną perfekcją gry na tym instrumencie. Przez niemal 2 godziny byłem świadkiem naprawdę maksymalistycznych osiągnięć muzycznych, a przy tym wyglądałem na pozornie znudzonego gościa, który nie potrzebował już bisów, żeby być dostatecznie przytłoczony ogromem autorskiej myśli Grażyny Łobaszewskiej i tria Ajagore, którzy koncertem (kameralnym, bo dla może 300 osób) uświadomili mi, że „Czas nas uczy pogody”! To dla Najładniejszej!
P.S.:
Ale, jak mi T-ROC miły, dzisiaj od rana w dziwnym zapętleniu nieprzerwanie słucham tylko tego utworu (oczywiście, że powtórzę, jako najbardziej naiwna osoba w tym mieście…).
Robert Harenza

































Comments